Baza wiedzy z medycyny estetycznej, ogólnej i medycyny chińskiej. Zdrowy Portal!

Gdzie bioterapia może pomóc – kontynuacja

Tyle, że Przemka różniło od dzieci, o których mówię to, że jego choroba w momencie, gdy zacząłem się z nim spotykać, jeszcze trwała. Jej skutki nie zdążyły się jeszcze w organizmie utrwalić, a zniszczenia okazały się do naprawienia. To zaś, co utrwaliło się już i to całymi latami, okazuje się nie do cofnięcia. Nie zawsze tak bywa. Są czasem mechanizmy chorobowe, z którymi oficjalna medycyna nie potrafi sobie poradzić, a które z punktu widzenia bioterapeutycznego okazują się mechanizmami „płytkimi”, łatwymi do odblokowania. W tym momencie, dla poparcia głównej tezy, posłużę się znowu przykładem z własnej praktyki. Chodzi mi o pacjentkę z wysiękami nóg w kolanach. Te bolesne wysięki dręczyły ją przez całe życie. Zaczęły się, gdy była jeszcze młodą dziewczyną – w 1946 r. Były zadziwiająco regularne – pięć dni wysięk, siedem dni przerwy – i tak przez czterdzieści lat. Leczyła się w szpitalu reumatologicznym w Sopocie, a w Akademii Medycznej w Gdańsku powiedziano jej, że znają jeszcze tylko dwa takie przypadki w Polsce. Dla studentów odbywających praktykę medyczną była przypadkiem frapującym. „Ma pani dzisiaj swoje wysięki? – pytali, gdy tylko wchodzili na jej salę – Mozę nam je pani pokazać?” Wysięki ustąpiły bezpowrotnie po trzech spotkaniach. Po roku od ich ustąpienia moją pacjentką stała się córka tej kobiety i stąd wiem, że objawy nie wróciły.

Wiem, że w przypadku dziecięcego porażenia mózgowego każda poprawa stanu dziecka cieszy matkę. Kiedy jednak widzę, że ktoś przyjeżdża z odległej miejscowości, a poprawa jest niewielka, oczekiwania rodziców stają się psychicznym ciężarem, który jest trudny do udźwignięcia. Tym bardziej, że bywają pacjenci, którzy przyjeżdżają, spodziewając się poprawy natychmiastowej, graniczącej z cudem. Widząc, że po jednym lub dwóch spotkaniach poprawy takiej nie ma, przerywają kurację. Owszem, zdarzają się takie nagłe postępy, ale nie podobna przewidzieć u kogo wystąpią. Moim zdaniem trzeba pięciu, sześciu spotkań, aby móc podjąć w miarę uzasadnioną decyzję o przerwaniu lub kontynuowaniu spotkań. Mija pierwsze spotkanie, nadchodzi drugie. Jakie są zazwyczaj pierwsze reakcje rodziców?

– Jest silniejszy w krzyżu – mówią.

– Jest jakiś inny. Tak twierdzą sąsiedzi, chociaż ja niczego nie zauważyłam.

– Więcej reaguje na świat, mogę się z nim łatwiej porozumieć, bardziej interesuje się zabawkami.

– Mniejsze są przykurcze.

Objawy występujące przy porażeniu mózgowym

Charakterystyczna jest zwłaszcza trzecia wypowiedź. Jeśli zmiany są nagłe, skokowe, wszyscy widzą, co się stało. Jeśli natomiast są ilościowe, niedostrzegalne, sumujące się ze spotkania na spotkanie, wtedy matka ich nie widzi, widzi je natomiast ktoś, kto spotyka się z dzieckiem rzadziej, a więc sąsiedzi i krewni.

Nigdy nie wiadomo, kiedy mogą pokazać się zmiany nagłe. Bardzo rzadko widać je było tuż po zakończeniu pierwszego spotkania. Były to przypadki naprawdę pojedyncze. Najczęściej pojawiają się one po kilku dniach po spotkaniu. Wcale nierzadko też bywa, że zaczyna się coś dziać dopiero w dwa lub trzy tygodnie po spotkaniu. Jest to zatem dodatkowy argument przeciwko zarzutowi o działaniu sugestywnym. Przecież każda taka zmiana jest w tym układzie całkowitym zaskoczeniem zarówno dla dziecka, jak i dla rodziców.

Po pierwszych spotkaniach pojawiają się jeszcze inne, może nie takie już typowe dla większości przypadków, jak wymienione, ale też nie takie zupełnie jednostkowe reakcje pacjentów.

Po pierwsze senność. Często i dzieci, i mamy, które trzymają je na kolanach, bądź odczuwają senność już w trakcie zabiegu, bądź wkrótce potem. Pamiętam reakcję jednej z matek, gdy po wejściu do kolejki elektrycznej w Gdyni, obudziła się w Gdańsku Głównym, zamiast wysiąść we Wrzeszczu. Był rekordzista, który spał po spotkaniu przez pełne 24 godziny – od 1500 do 1500 dnia następnego. Inny znów, budzący się od urodzenia po 7-8 razy każdej nocy, zaczął przesypiać całe noce – od 2000 do 1200 następnego dnia. Ale to jeszcze nie rekordy. Pierwsze miejsce należy tu bezwzględnie przyznać Tomaszowi G. z Koszalina, pięciolatkowi. Tomek „nie chodził, nie mówił – pisała matka – po szczepieniu dostał pierwszych ataków padaczki, a leki uspokajające nie łagodzą napadów, ponieważ stwierdziłam, że organizm jego przyzwyczaił się do nich. Napady powtarzają się kilkakrotnie w ciągu dnia. (…) Ćwiczenia i masaże codzienne nie dają rezultatu”. Spotkaliśmy się po raz pierwszy 26 lutego 1985 r. i podczas drugiego spotkania odnotowałem to, co się w tym czasie wydarzyło.

– 3 kwiecień 1985 r. – liczba ataków padaczki z pięciu dziennie zmniejszyła się do pięciu miesięcznie. Sam próbuje wstać trzymając się łóżeczka i stoi przez 15 minut. Nie ma już przykurczy w kolanach.

– 24 czerwca – w czasie prób stawania nóżki skręcają się tak, że kostki dotykają niemal do ziemi. Dziecko nie posiada jednak obuwia ortopedycznego.

– 3 sierpnia – śpi teraz wyjątkowo dużo. Budzi się o 4 rano, poleży godzinę i zasypia do południa. W sumie śpi 20 godzin na dobę! Po każdym spotkaniu napady mijają na czas około 3 tygodni.

Podobne Artykuły

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.